Felietony

Brzęczekball po raz 23. Wciąż więcej pytań niż odpowiedzi

Fot. Krótka Piłka/Paweł Jerzmanowski

Jerzy Brzęczek w meczu z Włochami po raz dwudziesty trzeci poprowadził reprezentację Polski. Nie udało mu się jednak zanotować pierwszego zwycięstwa w czwartej już konfrontacji z drużyną z Półwyspu Apenińskiego.

0,5 punktu na mecz z Włochami

Przygoda Jerzego Brzęczka z reprezentacją Polski rozpoczęła się 7 września 2018 roku. Wówczas na włoskiej ziemi zadebiutował on w roli selekcjonera, remisując 1:1 po bramce zdobytej przez Piotra Zielińskiego. Dla gospodarzy trafił Jorginho, który wykorzystał podyktowany przez arbitra rzut karny.

Od tamtej pory obie kadry przeszły swoistą metamorfozę, przeobrażając się na skutek zarówno podjętych decyzji, jak i działań w obrębie składu i modeli gry zespołów. Po ponad dwóch latach można stwierdzić, że projekty Brzęczka i Manciniego znajdują się na dobrej drodze do finalizacji selekcji przed turniejem rangi mistrzowskiej. Liga Narodów jest natomiast tylko wyłącznie polem do eksperymentów i szukania optymalnych wariantów gry.

Pomimo treningowej funkcji tych rozgrywek nie można im odmówić prestiżu, który gwarantuje awans do turnieju finałowego. Dla reprezentacji Polski byłby to ogromny sukces, który mógłby ugruntować pozycję selekcjonera. Pozostaje on jednak w sferze marzeń, które wybili dziś nam z głów Włosi. Piłkarze z Półwyspu Apenińskiego byli dziś wieczorem od nas lepsi w każdym aspekcie gry.

45 minut płaczu

Podopieczni Roberto Manciniego od pierwszego gwizdka arbitra ruszyli na Polaków wysokim pressingiem. Niemal od razu udało im się wywrzeć presję na naszych reprezentantach, którzy popełniali proste błędy. Nie potrafiliśmy utrzymać się przy piłce, wymieniając kilka składnych podań. Udawało się nam to tylko i wyłącznie, gdy Włosi wyrazili na to zgodę. Co więcej, na naszej połowie z dala od bramki strzeżonej przez Donnarummę.

Kilkukrotnie sygnał do wysokiego pressingu dał Robert Lewandowski, lecz zbyt wolna reakcja jego kolegów kończyła się szybką i dynamiczną akcją Włochów, którzy wzorowo zarówno wymieniali się pozycjami, jak i stosowali schematy gry przy wyprowadzeniu piłki, niemal zawsze mijając naszą drugą linię bez najmniejszego problemu.

W ofensywie nas nie było. W pierwszej części spotkania nie oddaliśmy ani jednego strzału. Portal FlashScore sklasyfikował zaledwie dwa nasze ataki, nadając im status niebezpiecznych. Dla porównania reprezentanci Italii zaliczyli ich aż 35. Gospodarze przewagę potwierdzili, wykorzystując rzut karny podyktowany po bezmyślnym faulu Krychowiaka. Jednobramkowa przewaga wydawała się najniższym wymiarem kary. Kulała druga linia, formacja defensywna, potrzebne były zmiany, gdyż gorzej być nie mogło (przynajmniej tak się wydawało).

45 minut frustracji

Jak u Hitchcocka – najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie będzie narastać. Wydawało się, że ten scenariusz może się ziścić, gdy Jerzy Brzęczek postanowił wysłać na plac gry trzech nowych graczy. Kamil Grosicki niemal od razu stworzył “pewien rodzaj zagrożenia” pod bramką Donnarummy. Jednak na tym fajerwerki się skończyły. Włosi wciąż stwarzali sytuacje bramkowe, gdy my jedynie próbowaliśmy się przedostać w okolice ich pola karnego. Pomimo wyraźnych postępów wciąż byliśmy z dala od założonego celu.

Zrobiło się gorąco, gdy najpierw arbiter nie zauważył faulu na Bereszyńskim, po którym Góralski wszedł wślizgiem w nogi jednego z Włochów. Zawrzało pomiędzy zespołami i można było mieć nadzieję, że dla podopiecznych Jerzego Brzęczka będzie to swoisty katalizator, żeby w końcu podjąć rękawicę rzuconą przez Włochów. Na szczęście dla nas Góralski ujrzał za swój faul zaledwie żółtą kartkę, gdyż sędzia mógł pokusić się o kartonik w czerwonym kolorze.

Można było dostrzec zalążki przyzwoitej gry, która na tle pozostałej części spotkania wydawała się czymś niesamowitym, będąc wciąż o dwie klasy niżej niż poziom Włochów. Następnie ponownie przypomniał o sobie Góralski, który mając żółtą kartkę na swoim koncie bezmyślnie sfaulował rywala. Tym razem arbiter nie był dla niego łaskawy i po 30 minutach gry 28 latek opuścił murawę z opuszczoną głową.

Losów gry nie odmienił również Piotr Zieliński, który podobnie jak reszta drużyny częściej za piłką biegał niż miał ją pod stopą. Robert Lewandowski pomimo że wygrał większość pojedynków i skutecznie dryblował (3/4) mógł być najbardziej sfrustrowanym napastnikiem dzisiejszych spotkań rozgrywanych w ramach Ligi Narodów. Włosi finalnie zdobyli drugą bramkę, potwierdzając swoją absolutną dominację.

Kubeł zimnej wody

Włosi pokazali nam dziś miejsce w szeregu. Byliśmy za wolni, zbyt statyczni, przewidywalni. W niczym nie przypominaliśmy drużyny, która powinna się wytworzyć w trakcie ponad dwuletniej kadencji selekcjonera. Dziś szczęście nie było również po naszej stronie, ale mieliśmy go za dużo w ostatnich potyczkach.

Nie możemy liczyć na łut szczęścia, prezentując imitację futbolu. Grając tak w przyszłym roku na mistrzostwach możemy się niemiło zaskoczyć. Oby dzisiejsza porażka podziałała mobilizująco i przede wszystkim nas otrzeźwiła, bo ta drużyna nie jest jeszcze gotowa, aby rywalizować z najlepszymi.

Ataki Włochów: 144 (67 niebezpiecznych ataków),
ataki Polaków: 82 (18 niebezpiecznych).

Dziennikarz portalu "Krótka Piłka". Pasjonat włoskiego Calcio oraz Bundesligi. Miłośnik siatkówki i piłki ręcznej. Kibic, którego błękitne serce bije w zachodniej części Londynu.

LEAVE A RESPONSE

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *