Ekstraklasa Felietony

Kiedy rozum śpi. Ludwik Miętta-Mikołajewicz demaskuje sam siebie.

Pierwsza nasza myśl po przeczytaniu ostatniego wywiadu Dariusza Farona (Przegląd Sportowy) z Ludwikiem Miętta-Mikołajewiczem – to jest nieprawda. O ile nie przejeżdżasz na czerwonym, będziesz mieć tak samo. Jeśli zatem przyjmiemy, że naszą miarą jest zdrowy rozsądek, rozmowa ta zasłużyła na dobrą dziewiątkę w skali Lubawskiego. Zaskoczenie, rozczarowanie i zażenowanie, wszystko zblendowane na gładką, jednolitą masę w mętnym kolorze niedopowiedzenia. Palisz? Siadając do tej rozmowy, poszukaj najpierw popielniczki.

Gdyby uczestnikiem tego dialogu był inna osoba. Ktoś młody, naiwny, przez co głupi, krótkowzroczny, pozbawiony punkty odniesienia – pół biedy. A tu drugi biegun. Narzędziem w rękach łachudry stał się człowiek zasłużony, przez kilkadziesiąt lat zawodowo i emocjonalnie związany z Wisłą Kraków, a nader wszystko życiowo doświadczony. 87 lat na karku. Szmat czasu, by ogarnąć wszystkie odcienie szarości.

Im dalej las, tym mniej światła. Oto fragmenty:

Nie ukrywam, że wierzyłem wtedy w to, do czego mnie przekonywał Wawro: szansę resocjalizacji “Miśka”. Paweł M. uczynił jako młody chłopak wiele złego, choćby tym rzutem nożem w głowę Dino Baggio, ale później odcierpiał swoje, założył firmę zarejestrowaną w KRS i nic nie stało na przeszkodzie, by taką umowę podpisać.

[…]

A gdy w lutym 2015 roku media informowały, że Paweł M. ponownie został skazany, tym razem za kradzież maczet, nie pomyślano o zakończeniu z nim współpracy?
Nie, nikt z zarządu nie podjął takiego tematu. Potraktowano to jako wybryk, tym bardziej że nikt nie wnosił zastrzeżeń do działania siłowni

Nie widział pan nic złego w tym, że człowiek, który właśnie został skazany za – przypomnijmy raz jeszcze – kradzież maczet, wynajmuje pomieszczenie od TS?
Nie można powiedzieć, że mi nie przeszkadzało, ale określę to w ten sposób: miałem ograniczone możliwości wpłynięcia na sytuację. Poza tym cały czas rozmawiamy o Pawle M. jako osobie, a to była firma. Podkreślę jeszcze raz: nikt z ośmioosobowego zarządu nie podnosił tematu rozwiązania umowy z tą firmą.

Uważa pan, że jest to coś normalnego?
Z perspektywy czasu myślę, że nie.

[…]

Nie interesowało pana, że niektórzy członkowie sekcji Trenuj Sporty Walki mają na koncie wyroki?
Tego nie wiedziałem.

Przecież podczas rozmowy z “Dziennikiem Polskim”, opublikowanej 2 czerwca 2015, dziennikarze pana o tym informowali.
Nie weryfikowałem tych informacji. A to, że człowiek ma wyrok, nie znaczy, że trzeba go skazywać na całkowitą banicję.

O Marzenie Sarapacie:

Mówi pan o jej zawodowym doświadczeniu. A jak by pan ją scharakteryzował na bazie własnych doświadczeń?
Nie jestem od tego, żeby charakteryzować panią Sarapatę, daleko mi do tego. Wydaje mi się jednak, że na początku sprawdzała się na swoim stanowisku.

Później jako prezes doprowadziła klub na skraj upadku. Żałuje pan, że na nią postawił?
Nie, niczego nie żałuję. Zresztą byłem jedną z wielu osób, które proponowały, by weszła do zarządu.

O inwestorach- przebierańcach:

Mówił pan jednak w grudniowej rozmowie ze sport.pl, że inwestorzy wyglądają na poważnych ludzi. Na jakiej podstawie pan tak stwierdził?
Na początku wszyscy tak myśleli. Tak zostali przedstawieni.

Przez kogo?
Przez panią Sarapatę i pana Gołdę. Nie miałem powodu, żeby im nie wierzyć. Sytuacja klubu była już bardzo trudna. Zarząd znalazł potencjalnych sponsorów, więc odetchnąłem z ulgą

O umowie z SKWK:

A wiedział pan, że na mocy umowy Stowarzyszenie Kibiców Wisły Kraków dostaje złotówkę od każdego sprzedanego biletu?
Umowa została podpisana dużo wcześniej, o ile pamiętam, jeszcze pod koniec “ery” Bogusława Cupiała

Jak pan ją ocenia?
Oddawanie złotówki z każdej wejściówki (z wyjątkiem karnetów) miało swoje uzasadnienie. Pieniądze były wpłacane legalnie na konto SKWK, które w zamian gwarantowało spokój na meczach.

Czyli klub płacił haracz.Nie nazywajmy tego haraczem, tylko porozumieniem. Po drugie, pieniądze szły na oprawę meczów, które najczęściej były do przyjęcia. Poza tym SKWK podejmowało wiele charytatywnych akcji.

O reprezentantach sekcji Trenuj Sporty Walki w TS.

A nie myśli pan, że zasadne byłoby wykluczenie ich z TS?
Gdy pani Marzena Sarapata obejmowała funkcję prezesa, mówiłem: ludzie, trzymajcie się statutu, bo statut jest klubową konstytucją. Jeśli ma się kogoś wykluczać ze struktur towarzystwa, jest do tego odpowiednia procedura. Musi zostać złożony wniosek do sądu koleżeńskiego. Trzymajmy się statutu. Nikt nie złożył wniosku o wykluczenie kogokolwiek ze struktur Towarzystwa.

A pan nie mógł tego zrobić?
Nie jestem już członkiem zarządu.

Ale był pan nim. A sekcja Trenuj Sporty Walki istniała za pana kadencji.
Nie mogłem tego zrobić.

Formalnie czy po prostu nie chciał?
Nie miałem ku temu podstaw statutowych.

Co to znaczy?
Nie prowadziłem weryfikacji poszczególnych członków TS, jeszcze raz to panu mówię. Jeśli przedstawiciele danej sekcji nie występują do sądu koleżeńskiego, ingerencja prezesa jest bezpodstawna.

W statucie TS Wisła Kraków nie ma słowa o podejmowaniu działań dyscyplinarnych przez organ Sądu Koleżeńskiego. Jego kompetencje jasno opisane są w paragrafie 39.

Do kompetencji Sądu Koleżeńskiego należy:

a) rozpatrywanie sporów pomiędzy członkami Towarzystwa, zawodnikami a trenerami, członkami Towarzystwa a organami władzy Towarzystwa,

b) rozpatrywanie odwołań od uchwał Zarządu o wymierzeniu kary.

Koniec listy. Za to w paragrafie 15 znajdujemy taki zapis.

Za nieprzestrzeganie postanowień Statutu i regulaminów, nie stosowanie się do decyzji władz Towarzystwa, a także za postępowanie w sposób sprzeczny z celami Towarzystwa, członek zwyczajny Towarzystwa może być ukarany przez Zarząd.

Pan Ludwik rozum zagonił do kąta i kazał siedzieć cicho.

Jego postawę potrafimy uzasadnić na cztery sposoby, logika nie dopuszcza innych rozwiązań.

  1. Był beneficjentem tego toksycznego układu.
  2. Został zastraszony przez ludzi reprezentujących ten układ.
  3. Przeceniamy jego zdolności intelektualne.
  4. Miał to wszystko gdzieś.

Z której strony nie spojrzeć, biorąc pod uwagę jego dorobek, pozycję oraz możliwości – dla klubu to katastrofa. Wielopoziomowa dywersja człowieka, który powinien stać na czele osób z drugiej strony barykady.

Wniosek? Sprawdzając umięśnionych facetów w dresach, przyglądajmy się również gabinetom, które ich goszczą. Bałagan zawsze zaczynają robić ludzie z mandatem społecznym. Bandyta jest królem swojego garażu, podwórka, osiedla. Ma aspiracje, ale sam z siebie – rządzi ulicą, ani kroku dalej. Do władzy zawsze wynoszą ich ludzie, którzy z jakichś przyczyn decydują się nią podzielić albo w całości oddać.

Karki tak naprawdę wchodzą na gotowe. Urządzają się i na koniec zostawiają zgliszcza. Zawsze.

LEAVE A RESPONSE

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *