Felietony Premier League

Co może osiągnąć Tottenham z „The Special One”? [Premier Talks #4]

Ojej, cóż to był za szalony dzień. Gdy jak każdy przygotowywałem się do meczu Polski ze Słowenią, postanowiłem po raz ostatni wejść na Twittera i zobaczyć, co tam piszą o naszych Orłach. Scrolluje, scrolluje i pach! Mauricio Pochettino zwolniony z Tottenhamu! Było to do przewidzenia, ale jednak, pewna era Premier League i samego Spurs zakończyła się. Już następnego dnia patrzę i kolejna bomba: „The Special One” wraca na ławkę trenerską, i to właśnie do „Kogutów”. Czekałem na powrót Portugalczyka, głównie nie z powodu jego cudownego warsztatu, ale głównie z tęsknoty za „show” na konferencjach i przy ławce rezerwowych. Czy Portugalczyk wyciśnie maksa z kadry finalisty Ligi Mistrzów i na co to wystarczy?

Odejście „Pocha” było praktycznie pewne. W mediach nie mówiło się o tym głośno, ale dobre obeznani dziennikarze z Wysp dobrze wiedzieli, co się święci. W poprzednim sezonie Totki zrobiło wynik ponad stan, dochodząc w nieprawdopodobnych okolicznościach do finału Ligi Mistrzów. Tenże finał miał być klamrą dla kadencji Argentyńczyka i samego Tottenhamu. Klubu, który z ligowego przeciętniaka, stał się krajowym potentatem i drużyną, której powinien bać się każdy. Miał być. Ale nie był.

Plan był prosty. Tottenham pokonuje Liverpool w finale w Madrycie, w Londynie odbywa się wielka feta z okazji wielkiego sukcesu, a na koniec w glorii i nieśmiertelności u kibiców „Kogutów” z klubem pożegnałby się Pochettino. Plan nie wypalił już na pierwszym punkcie. Sam Mauricio nie chciał odchodzić z klubu bez postawienia kropki nad i w postaci pierwszego od ponad 12 lat trofeum. Ten związek był już niestety wypalony i nic go nie mogło uratować.

Początek sezonu też nie należał do Tottenhamu. Granie w kartkę, brak jakości z tyłu, który robił katastrofalne błędy, a do tego całe te zamieszanie z Eriksenem, który tylko wyczekuje telefonu od działaczy z Madrytu. Sam Pochettino również zmienił się diametralnie. Często nie przychodził na treningi i były one prowadzone przez asystentów. Sam w swoim ciepłym biurze obserwował sesje treningowe. Stracił dystans do siebie. Szatnia została zatruta. Sami piłkarze grali już na zwolnienie trenera i widać to było gołym okiem. W końcu Daniel Levy stracił cierpliwość i podziękował za te ponad pięć lat pracy. Pracy, która nie poszła na marne.

„The Special One” wraca z emerytury

Zasadniczym pytaniem nie było to, czy Jose Mourinho wróci na ławkę trenerską, tylko kiedy to się stanie. Tottenham to na pewno dobre miejsce do pracy. Nowoczesny stadion, nieźli jak na poziom Premier League zawodnicy. Jest potencjał na niezłe wyniki, no i przede wszystkim trofea. Mourinho jednak może mieć dylemat, czy poświęcić opinię grającej ładnie dla oka drużyny, na konsekwentną i wyrachowaną ekipę, dla której styl będzie sprawą drugorzędną.

Może, ale nie musi. Świeżym przykładem jest Manchester United, który, ok, miał fajny moment, kiedy wszystko grało, a klub wygrywał trofea. Ale później widzieliśmy antyfutbol, śmiechy, chichy i inne takie. Ale czy to problem dla takiej osobliwości jak Mourinho? Nie. Nie będę tutaj się rozdwajał. Jose będzie miał gdzieś to, że przez bite pięć lat Tottenham pracował na ekipę grającą fajny dla oka futbol, stosującą wysoki pressing. Prawda, Spurs mają duży potencjał w ofensywie, ale nie spodziewajmy się fajerwerków.

Wyciągnąć wnioski

Oglądając mecz z West Hamem miałem kilka razy lekkie Deja Vu, gdy patrzyłem na grę czwartej drużyny poprzedniego sezonu. Duże błędy w ustawieniu przy stracie piłki przypominały te, jakie popełniał Manchester United w ostatnim sezonie dla Mou (czyli trzecim jakby ktoś zapomniał). Dosyć wysoko ustawieni boczni obrońcy, którzy zostawiali autostradę skrzydłowym „Młotów” i zbyt mała kompaktowość między pomocnikami a parą stoperów mogła być powodem dużych kłopotów w obronie „Kogutów”. Na całe szczęście dla gospodarzy piłkarze Pellegrini’ego nie potrafili tego wykorzystać.

Na tym kończą się minusy. Tottenham fajnie budował akcję, ofensywna czwórka mocno zawężała pole gry, co było dosyć ciekawym rozwiązaniem. Jedna rzecz rzucała się w oczy. To, że każdej akcji przyświecał zawsze jeden cel: dostarczenie piłki do Harry’ego Kane’a, który miał te akcje finalizować. Kapitan reprezentacji Anglii będzie na 100% kluczowym elementem układanki Portugalczyka i gdy będzie zdrowy, Tottenham może osiągnąć wiele, bardzo wiele.

Tak, wiem, to dopiero pierwszy mecz, kilka dni w klubie i niewiele więcej sesji treningowych. Ale na pewno priorytetem Mourinho będzie „ogarnięcie” gry w obronie, co jest w ostatnich miesiącach dużym problemem dla Tottenhamu. W końcu, jak mawiał Sir Alex Ferguson, atakiem wygrywa się mecze, a obroną trofea. A za tymi trofeami baaaardzo mocno stęsknili się kibice Spurs.

Martwi mnie jeszcze jedna rzecz. Wspominałem wcześniej, że ofensywna czwórka często zawężała pole gry. W przypadku Sona i Lucasa Moury to zła wiadomość, bo to jednak nominalni skrzydłowi wykorzystujący wolne przestrzenie. Ale tak jak mówiłem, to na razie tylko jeden mecz, a sam tekst pozwoli mi za kilka miesięcy odnieść się do tego, jaki progres zrobiła drużyna.

Dzięki Poch!

I na koniec chciałbym osobiście podziękować Mauricio Pochettino za odciśnięcie dużego stempla na Premier League. Zawsze fajnie się oglądało mecze Tottenhamu, i zwykle nie odchodziłem od monitora komputera czy telewizora zawiedzony. Czasami brakowało w tym wyrachowania, które ma dać Mourinho, ale wśród postronnych kibiców drużyna z White Hart Lane miała dużą sympatię. Ale no cóż, za styl punktów nie przyznają.

I chciałbym dodać jeszcze jedną, ważną z osobistych względów sprawę. Dzięki za te dwa mecze w Lidze Mistrzów. Rewanże z City i Ajaxem. Nie mam takich epitetów, aby opisać co tam się stało, ale na te 90 minut zapominałem, że jutro trzeba wstać do szkoły, pracy, zapominałem o obowiązkach. Znowu stałem się dzieckiem, który z zachwytem patrzył na każdą akcję, bramkę, sprint, podanie. To było cudowne i niepowtarzalne, i tych dwóch widowisk i emocji nigdy nie zapomnę.

I teraz, naprawdę ostatni akapit. Rewanż z Ajaxem oglądałem w nieco większym gronie kolegów i w okolicach 50. minuty rzuciłem zdanie „Sorry, ale Tottenham tego nie odrobi”. Co się stało później każdy zna. Także dzięki za lekcje, aby mecze oglądać do końca. A płaczącego Pochettino po trzecim golu Moury nigdy nie zapomnę. Po prostu nie.

Redaktor w Krótkiej Piłce i Sport247. Sympatyk Premier League i Primeira Ligi, NHL, i skoków narciarskich.

LEAVE A RESPONSE

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *