Felietony Liga Mistrzów

Tottenham – Liverpool: Starcie gigantów czas zacząć!

Pozostał ostatni akcent tego sezonu – finał. Na przeciw siebie staną dwie fantastyczne drużyny – Tottenham oraz Liverpool. Londyńczycy po zajęciu trzeciego miejsca w lidze mogą po raz pierwszy w historii zdobyć Puchar Mistrzów. Liverpool ma okazję na szóste zwycięstwo w tych rozgrywkach. Czy The Reds po czternastu latach przerwy znowu podniesie te trofeum? Czy Jurgen Klopp w końcu wygra finał? Czy może właśnie to Tottenham po raz pierwszy wygra, a otwarcie przyszłego sezonu na nowym stadionie będzie kolejnym akcentem w pięknej historii tego klubu?

Ligę Mistrzów w sezonie 2018/2019 można określić kilkoma słowami – niesamowita, nielogiczna, zaskakująca a zarazem fantastyczna. Nikt nie spodziewał się takich rozwiązań w części spotkań, wiele osób nie było w stanie przewidzieć po pierwszych meczach, że w rewanżu sytuacja tak nagle obróci się o 180 stopni. To akurat była najlepsza reklama dla tegorocznej edycji Ligi Mistrzów – szczególnie dla osób, które piłkę nożną oglądają od czasu do czasu. Nic tak nie pomaga jak nagłe zwroty akcji, wysokie wyniki oraz katastrofalne porażki. Dodatkowo, historie takich drużyn jak Ajax Amsterdam czy Tottenham Hotspur zwiększają zainteresowanie obecnymi rozgrywkami.

Jednak sytuacje w półfinałach tegorocznej edycji Ligi Mistrzów to nie jedyne, które były wielkim zaskoczeniem, które wprawiały w osłupienie, które tak bardzo intrygowały wszystkich kibiców piłki nożnej oraz angażowały ich w dyskusje o boiskowych wydarzeniach. Już w fazie grupowej było bardzo ciekawie. Tak naprawdę wystarczyło bardzo niewiele, aby zespoły, które wystąpią w sobotni wieczór w finale Ligi Mistrzów, mogło nawet nie być na samym początku fazy pucharowej.

Liverpool w fazie grupowej nie był maszyną, która miażdżyła każdego swojego rywala. Podopieczni Jurgena Kloppa mieli wielkie problemy z awansem do fazy pucharowej. 3 zwycięstwa oraz 3 porażki to nie jest wielki wynik jak na finalistę Ligi Mistrzów. Trzeba jednak przyznać, że The Reds trafili do bardzo trudnej grupy. Ich rywalami były takie drużyny jak Paris Saint-Germain, SSC Napoli oraz Crvena Zvezda. Pierwszy mecz zespołu z Liverpoolu był bardzo mocnym sygnałem, że zawodnicy Kloppa po raz kolejny mają chrapkę na finał Ligi Mistrzów. Wygrana w ostatnich minutach z PSG pokazała, że jest to zespół z charakterem, że potrafi grać świetną piłkę. Następna kolejka jednak szybko zweryfikowała wicemistrza Anglii. Liverpool przegrał z Napoli na wyjeździe. Już wtedy było wiadome, że walka o awans do fazy pucharowej Champions League będzie bardzo ciekawa i nie zakończy się po trzech czy czterech kolejkach. Następnie gładka wygrana z Crveną oraz remis Napoli z PSG bardzo poprawiły sytuację Liverpoolu w tabeli. Później jednak zdarzyła się wpadka w rewanżowym spotkaniu z serbskim zespołem, a PSG po raz kolejny podzieliło się punktami z zespołem Arkadiusza Milika i Piotrka Zielińskiego. Po czterech kolejkach sytuacja była niesamowicie skomplikowana. Liverpool miał 6 punktów, Napoli 6, a PSG 5. To pokazało, że ostatnie dwie kolejki będą bardzo ciekawe i możemy spodziewać się każdych rozwiązań. W piątej kolejce kibice The Reds mogli wręcz wpaść w szał po tym jak ich ulubieńcy polegli w Paryżu z PSG, a Napoli poradziło sobie z Crveną. Wtedy już nie było tak wesoło. Napoli było liderem z dziewięcioma punktami na koncie, PSG zajmowało drugą lokatę z ośmioma. Liverpool był trzeci i miał nadal 6 punktów. W ostatniej kolejce tylko wygrana dawała zawodnikom Jurgena Kloppa awans do kolejnej fazy rozgrywek, a mierzyli się przecież z liderem z Neapolu. Liverpool przed ostatnią kolejką miał jednak jednego asa w ręku – Anfield. Fantastyczny stadion, który jest twierdzą czerwonej części Liverpoolu i kibice, którzy przed rozpoczęciem spotkania śpiewają You’ll Never Walk Alone. To może przysporzyć wielu rywali o drżenie nóg. No i udało się. 1:0 po golu Salaha spowodowało, że angielski zespół awansował kosztem włoskiego do dalszych rozgrywek. W tym meczu jednak nie wszystko było tak pewne. Kilka minut przed końcem meczu golkiper Liverpoolu Alisson Becker fantastycznie obronił w sytuacji sam na sam, strzał Arkadiusza Milika. Polak w doliczonym czasie gry mógł wyrzucić ubiegłorocznego finalistę Champions League za burtę. Remis dawał awans PSG oraz Napoli.

Faza pucharowa to miał być prawdziwy sprawdzian dla Jurgena Kloppa oraz jego zawodników. Los chciał, że od razu angielski zespół trafił na bardzo silnego rywala, lecz również takiego, którego niemiecki trener bardzo dobrze znał. Chodzi oczywiście o Bayern Monachium. Mistrz Niemiec jest zawsze bardzo wymagającym rywalem, lecz ten sezon nie układał się najlepiej dla bawarskiego zespołu i Liverpool miał doskonałą okazję do awansu. W pierwszym meczu na Anfield padł bezbramkowy remis i w lepszej sytuacji przed rewanżem był Bayern. Liverpool jak to ma już zwyczaju, będąc pod presją zagrał kolejny fantastyczny mecz. W Monachium zawodnicy Kloppa zagrali wręcz perfekcyjnie i ograli mistrza Niemiec 3:1. To dało im awans do ćwierćfinału. Marzenia o powtórce z zeszłej edycji Ligi Mistrzów coraz bliżej spełnienia. Teraz jednak celem było nie tylko dojście do finału Champions League. Teraz poprzeczka została postawiona jeszcze wyżej – te rozgrywki trzeba po prostu wygrać.

Czas na ćwerćfinał. W 1/4 Liverpool trafił na zdecydowanie łatwiejszego rywala. Portugalskie FC Porto miało być relaksem po boju z zawodnikami prowadzonymi przez Niko Kovaca. Rzeczywiście tak było. W pierwszym spotkaniu Liverpool wygrał 2:1, a w rewanżu pokonał zwycięzce Champions League z sezonu 2003/2004 aż 4:1. Dzięki temu Liverpool bardzo szybko zameldował się w półfinale największych klubowych rozgrywek na świecie. Nie obyło się jednak bez kontrowersji. Pomimo wprowadzenia VARu w fazie pucharowej, nadal było wiele dyskusji o tym, że sędzia pomógł zawodnikom z Anfield. Według wielu Mo Salah powinien otrzymać czerwoną kartę po faulu na Danilo. Poniżej video. Oceńcie sami.

W półfinale Ligi Mistrzów nie ma już słabych oraz przypadkowych drużyn. Wszystkie takie zostały już wcześniej wyrzucone za burtę przez lepsze zespoły. Teraz Jurgen Klopp musiał jednak trochę pomyśleć. Miał bardzo trudne zadanie. Trzeba było opracować strategię na Barcelonę. Hiszpański zespół w tamtym momencie miał już tytuł mistrza kraju w garści i mógł bardzo spokojnie i dokładnie przygotować się do tego arcyważnego dwumeczu. Liverpool cały czas bił się z Manchesterem City o prymat na wyspach i nie można było odpuścić jakiegokolwiek spotkania. Sytuacja była tak ciekawa, różnice punktowe tak małe, że każdy mecz ligowy był gatunkowo podobny do finału Ligi Mistrzów. Każdy punkt mógł być kluczowy w walce o długo wyczekiwane przez kibiców Liverpoolu mistrzostwo Anglii. Pierwsze spotkanie zostało rozegrane na Camp Nou. Barcelona na tym stadionie zawsze jest zespołem, który dominuje, który tłamsi swojego rywala i nie pozwala na jakiekolwiek zagrożenie. Podobnie było i tym razem. Liverpool zagrał bardzo dobre spotkanie, lecz zawodnicy Ernesto Valverde wysoko wygrali (a mogli jeszcze wyżej) i według wielu – miejsce w finale mieli zapewnione. 3:0 po bramce Suareza oraz dwóch trafieniach Messiego miało w zupełności wystarczyć do kolejnego finału w historii katalońskiego klubu. W ostatniej akcji meczu Ousmane Dembele miał stuprocentową sytuację, aby podwyższyć wynik na 4:0. W sposób znany tylko sobie ją jednak zepsuł. Ta akcja mogła dobić angielski zespół i nie pozostawić jakichkolwiek złudzeń co do tego kto zamelduje się w madryckim finale.

Rewanż to jednak zupełnie inna historia. Anfield zagrzało zawodników Jurgena Kloppa do walki i angielski zespół bardzo szybko strzelił pierwszą bramkę za sprawą Origiego. Ciagłe ataki Liverpoolu, wysoki pressing i bardzo mądra gra w obronie to był plan niemieckiego trenera na rewanżowe spotkania. Wszystko funkcjonowało jak należy. Trzeba jednak też przyznać, że ofensywa Barcelony nie była tego dnia w najlepszej dyspozycji. Mieli kilka swoich sytuacji w pierwszej połowie i bardzo szybko mogli zabić marzenia Kloppa i spółki o grze w finale. Tak się jednak nie stało i do drugiej połowy Liverpool podszedł w bardzo bojowym nastawieniu. Dodatkowo na drugą połowię Klopp wyjął asa z rękawa, którym był Georginio Wijnaldum. Okazało się to strzałem w „10”. Holender zdobył dwie bramki – w 54′ oraz w 56′. W tym momencie straty zostały odrobione i ten dwumecz rozpoczął się na nowo. W 80 minucie jednak swoje cwaniactwo i świeży umysł pomimo młodego wieku pokazał Trent Alexander-Arnold, który uznawany jest przez wielu za jednego z najlepszych bocznych obrońców świata. 21-letni gracz w fantastyczny sposób rozegrał rzut rożny, który został wykorzystany przez Origiego.

W tym momencie było 4:0 i Barcelona musiała zaatakować. To jednak jej się nie udało. Prawdopodobnie piłkarze psychicznie nie wytrzymali tych ciosów i nie byli w stanie w żaden sposób odpowiedzieć na to co wydarzyło się pod ich bramką. Dzięki tej heroicznej wręcz postawie zawodników Liverpoolu, znaleźli się oni w finale i będą mierzyć swoje siły z ligowym rywalem – Tottenhamem.

Tottenham miał chyba jeszcze bardziej wyboistą drogę do finału Ligi Mistrzów niż Liverpool. Grupowi rywale byli na trochę niższym poziomie niż ci, z którymi mierzyli się zawodnicy Kloppa. Podopieczni Pochettino rywalizowali w grupie z takimi zespołami jak FC Barcelona, Inter czy PSV Eindhoven. Początek dla zawodników argentyńskiego szkoleniowca był fatalny. Trzy pierwsze mecze to 1 punkt i według wielu jedyne co pozostało graczom z White Hart Lane to walka z PSV o grę na wiosnę w Lidze Europy. Porażka z Interem, przegrana z Barceloną oraz remis z PSV. Nie brzmiało to dobrze dla Pochettino i jego zawodników. Druga część rozgrywek grupowych to totalna zmiana nastrojów i stylu gry Kogutów. W czwartej kolejce gracze z Londynu w ostatnich minutach pokonali PSV. Było to chyba najważniejsze wydarzenie dla angielskiego zespołu podczas rozgrywek grupowych. Po czterech spotkaniach Barcelona miała 10 punktów, Inter 7, Tottenham 4 i PSV 1. Jednak to Inter miał najlepszą pozycję wyjściową poza Barceloną, która miała już awans praktycznie w kieszeni. Zawodnicy z Mediolanu rozegrali już 2 spotkania przeciw Barcelonie. Tottenham tylko jeden, a Katalończycy pewnie szli po awans z pierwszego miejsca. W piątej kolejce Koguty podejmowały Inter. Wygrana przyjezdnych dałaby im pewny awans, a Tottenham prawdopodobnie walczyłby o Ligę Europy. W 80 minucie jednak Eriksen zdobył bramkę i gospodarze zatrzymali 3 punkty. W ostatniej kolejce zawodnicy Pochettino wyjeżdżali do Barcelony, a Inter podejmował u siebie najsłabszą drużynę w grupie – PSV. Wstępny scenariusz mówił jasno. Barcelona u siebie ogrywa Tottenham, a Inter na spokojnie wygrywa mecz z PSV. Przy takich wynikach to właśnie gracze Valverde oraz Nerazzurri. Rzeczywistość okazała się jednak diametralnie inna. W obu meczach padł remis 1:1 i zarówno Tottenham jak i Inter miały po 8 punktów. Dla całej historii Tottenhamu w Champions League bardzo ważny jest jeden fakt – bramkę na 1:1 w 85 minucie spotkania z Barceloną zdobył Lucas Moura. To nie był jego jedyny akcent w tegorocznej edycji Ligi Mistrzów. Oba zespoły miały również identyczny bilans bramkowy. Na korzyść zespołu z Londynu zadziałała ilość strzelonych bramek. Dzięki temu to Koguty awansowały do fazy pucharowej Ligi Mistrzów. Inter musiał zadowolić się jedynie grą w „europejskim pucharze pocieszenia”.

Tuż po awansie Tottenham miał jednak pożegnać się z rozgrywkami. Los skojarzył ze sobą Koguty oraz niemiecką Borusssię Dortmund. Podopieczni Luciena Favre’a wygrali swoją grupę, w której mierzyli się z Atletico, Club Brugge oraz Monaco. Grali świetną piłkę pełną polotu, w której wszystko koncentrowało się wokół ofensywy. Piłkarze z Londynu jednak za cel postawili sobie sprawienie niespodzianki i już w pierwszym meczu na własnym stadionie pokonali Borussię aż 3:0 i wstępnie zabukowali sobie bilet do ćwierćfinału. Rewanż to było tylko dopełnienie formalności. Goście z Londynu wygrali 1:0 i oficjalnie zameldowali się w ćwierćfinale.

Tam jednak czekał na nich ligowy rywal, który w tym sezonie ostrzył sobie zęby na zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Obsesja Guardioli na punkcie tego trofeum była tak wielka, że nikt nie wyobrażał sobie awansu Tottenhamu. Pep Guardiola od 2011 roku nie wygrał Champions League, więc koncentracja była maksymalna. Koguty jednak nie dały za wygraną i zamierzały sprawić kolejną niespodziankę w obecnym sezonie. W pierwszym meczu na Wembley, Tottenham zdołał wygrać 1:0 i z bardzo skromną zaliczką czekał na rewanżowe spotkanie. Jego miejsce było jednak wiadomo – Etihad Stadium. Tam Manchester City miał zmieść w pył Tottenham i po rewanżu awansować do półfinału. To już miało być bardzo blisko upragnionego finału i walki o końcowy sukces. Na Etihad działy się jednak rzeczy niezwykłe, choć jak się okazało, dla obecnej edycji rozgrywek całkowicie normalne. Po 21 minutach Manchester City prowadził 3:2 i potrzebował jeszcze jednej bramki do awansu. Tę w 59 minucie zdobył Aguero i Guardiola już czekał na ostatni gwizdek sędziego, aby cieszyć się z awansu do półfinału. 20 minut przed zakończeniem spotkania dał jednak o sobie znać hiszpański napastnik Fernando Llorente. Były gracz Bilbao zdobył bramkę po rzucie rożnym (przy minimalnej pomocy swojej ręki, sędzia jednak tę bramkę uznał). Czy jednak rzeczywiście bramka powinna zostać uznana? Co do tego jest bardzo wiele zdań i opinii. Do końca meczu nie padła już żadna bramka i to Koguty mogły cieszyć się, że znajdują się w gronie najlepszych czterech drużyn na starym kontynencie.

W półfinale Tottenham miał rozegrać dwumecz z kolejną rewelacją tych rozgrywek – Ajaksem Amsterdam. Holendrzy pokonali same wielkie zespoły na drodze do tego etapu. Wyższość graczy ten Haga musiały uznać takie marki jak Real Madryt oraz Juventus. 1/2 miała być pojedynkiem dwóch zespołów, które w tej edycji stawiają na ofensywny futbol, nie czują respektu przed rywalami i dokonały czegoś, czego nikt po nich się nie spodziewał. Według przedsezonowych przypuszczeń i typów, te drużyny nie miały prawa znaleźć się w półfinale Ligi Mistrzów. To idealny scenariusz dla futbolowych romantyków. W pierwszym meczu Ajax pokonał na swoim stadionie Tottenham 1:0. W rewanżu Holendrzy do przerwy prowadzili 2:0 i tak naprawdę sprawa awansu miała być już przesądzona. Tottenham w drugiej połowie potrzebował trzech bramek, aby awansować do finału. Wtedy po raz kolejny dał o sobie znać zawodnik, który w fazie grupowej uchronił Tottenham przed Ligą Europy – Lucas Moura. Brazylijczyk, który trafił do Londynu z PSG okazał się najważniejszym piłkarzem Pochettino. 55′ oraz 60′ – to minuty, w których strzelił on bramkę. Dzięki temu ostatnie pół godziny to widowisko pełne emocji. Gdy wszystko wskazywało na to, że czeka wszystkich dogrywka, że kolejne 30 minut będzie potrzebne do wyłonienia finalisty, po raz kolejny pojawił się Lucas. W ostatniej akcji meczu wyszedł on sam na sam i perfekcyjnie wykończył akcję. Dzięki temu zapewnił awans swojemu zespołowi. Madryt oficjalnie stał się angielski. Tak samo jak Baku, które gościło finalistów Ligi Europy (Chelsea oraz Arsenal).

Trzeba jednak przyznać,że nie tylko te trzy drużyny dokonywały rzeczy wręcz niemożliwych w tym sezonie Champions League. Ważne były jeszcze dwa wydarzenia, które miały miejsce w fazie pucharowej Ligi Mistrzów. Manchester United oraz Juventus- o tych drużynach jest właśnie mowa. Podopieczni Ole Gunnara Solskjaera oraz Massimiliano Allegrego dokonali równie spektakularnych rzeczy co Liverpool czy Tottenham w niektórych meczach.

W 1/8 finału pogrążone w kryzysie Czerwone Diabły miały zmierzyć się z rozpędzonym PSG. Neymar, Mbappe i spółka mieli rozprawić się z Manchesterem United szybko, łatwo i przyjemnie. Pierwszy mecz na Old Trafford był potwierdzeniem tych słów. Po bramkach Kimpembe oraz Mbappe i sytuacja Solskjaera była bardzo skomplikowana. Odrobić dwubramkową stratę na boisku rywala to rzecz prawie niemożliwa. Na Parc des Princes wszystko zaczęło się bardzo szybko. Już w drugiej minucie Lukaku wyprowadził gości na prowadzenie i nadzieje wśród fanów Manchesteru United odżyły. Bardzo szybko jednak zostali oni sprawdzeni na ziemię. Bernat już w 12 minucie wyrównał i dzięki temu Manchester United potrzebował kolejnych dwóch bramek do awansu. Czy mając Buffona w bramce da się na własnym boisku stracić dwie bramki? Oczywiście, że tak. Pierwszą właśnie po błędzie włoskiego golkipera w 30 minucie zdobył Lukaku dobijając strzał z dystansu Rashforda. Gdy Neymar zszedł już z trybun (nie zagrał ponieważ uniemożliwiła mu to kontuzja), aby cieszyć się z kolegami z awansu, zdarzyła się rzecz niesłychana. W doliczonym czasie gry swoich sił spróbował Dalot. Portugalczyk zaryzykował strzałem z dystansu i piłka odbiła się od ręki Kimpembe. Sędzia po sprawdzeniu sytuacji na VAR-ze podyktował rzut karny. Ten bez żadnych problemów wykorzystał Marcus Rashford. Na ćwierćfinale jednak przygoda Manchesteru United się skończyła, a dwumecz z PSG to była jedna z niewielu rzeczy, o której fani Czerwonych Diabłów mogli mówić z dumą.

Juventus swoją przygodę również zakończył na ćwierćfinale. Wcześniej jednak rywalem włoskiego zespołu było Atletico Madryt. Hiszpański zespół był bardzo mocny w defensywie, a na własnym stadionie dokładał do tego skuteczność. Pierwszy mecz idealnie potwierdził tę tezę. Po bramkach Gimeneza oraz Godina, na rewanż do Turynu podopieczni Simeone jechali z dwubrambykową zaliczką. W Madrycie nie pomógł nawet Cristiano Ronaldo, który w fazie pucharowej Ligi Mistrzów strzela bardzo dużo bramek, a rywalom z Madrytu szczególnie upodobał sobie strzelanie bramek. Rewanż w Turynie niósł ze sobą wiele emocji. Zarówno zachowanie Diego Simeone po jednej z bramek dla swojego zespołu, czy gest Cristiano Ronaldo skierowany w kierunku kibiców Atletico. Wtedy do akcji właśnie wkroczył sam Ronaldo. Portugalczyk oraz jego ambicja nie mogli sobie pozwolić na tak szybkie pożegnanie się z Ligą Mistrzów. Szczególnie bez walki. Do przerwy Juve prowadziło 1:0 właśnie po bramce Ronaldo. W drugiej połowie były zawodnik Realu dołożył drugą bramkę (w tym przypadku bardzo pomógł goal-line technology), ponieważ piłka minimalnie przekroczyła linię bramkową i każdy werdykt sędziego był możliwy. Dodatkowo w 86 minucie Juventus otrzymał rzut karny. Wiadomo, że do takich piłek podchodzi nie kto inny jak Cristiano Ronaldo. Portugalczyk pewnie pokonał Oblaka i mógł cieszyć się z awansu do ćwierćfinału. Nie byłby On jednak sobą, gdyby nie wykonał prowokującego gestu w odpowiedzi do Simeone.

Tylu emocji, takich zwrotów sytuacji, tak dramatycznych spotkań nie było chyba nigdy w historii Ligi Mistrzów. To właśnie ta edycja rozpalała wszelkie możliwe emocje futbolowych romantyków, którzy oczekiwali właśnie tak pisanych historii. Awanse po wysokich porażkach, nagłe odrabianie strat, bramki w ostatnich minutach, czy bramki takie jak Liverpoolu – cwaniackie, sprytne, z polotem.

Pozostał ostatni akcent tego sezonu – finał. Na przeciw siebie staną dwie fantastyczne drużyny – Tottenham oraz Liverpool. Londyńczycy po zajęciu trzeciego miejsca w lidze mogą po raz pierwszy w historii zdobyć Puchar Mistrzów. Liverpool ma okazję na szóste zwycięstwo w tych rozgrywkach. Czy The Reds po czternastu latach przerwy znowu podniesie te trofeum? Czy Jurgen Klopp w końcu wygra finał? Czy może właśnie to Tottenham po raz pierwszy wygra, a otwarcie przyszłego sezonu na nowym stadionie będzie kolejnym akcentem w pięknej historii tego klubu?

LEAVE A RESPONSE

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *