Felietony Liga Mistrzów

Football, bloody hell, czyli kończy się najlepszy sezon Ligi Mistrzów od lat

Poznaliśmy już wszystkich finalistów Ligi Mistrzów sezonu 2018/2019. Co do wydarzyło się we wtorek i w środę w tych elitarnych rozgrywkach przechodzi jakieś ludzkie pojęcie. Comebacki Liverpoolu i Tottenhamu pozostaną w pamięci na długie lata nie tylko u kibiców tych klubów, ale także u zwykłych postronnych fanów piłki nożnej. Nieco starsi kibice „The Reds” mieli już swoje wspaniałe chwile, podczas słynnego finału Ligi Mistrzów w 2005 roku. Teraz będą je mieli także nieco młodsi fani, a także Ci, którzy sympatyzują z „Kogutami”.

Ten sezon Ligi Mistrzów powoli przechodzi do historii. Pozostał już tylko jeden mecz, podczas którego poznamy tę najważniejszą informację. Kto 1 czerwca 2019 roku na Wanda Metropolitano sięgnie po puchar. Jednak wiele osób się zgodzi, że niezależnie od wyniku finału, ten sezon będzie niezwykle wyjątkowy. Dostarczył wielu emocji, zarówno tych dobrych, jak i złych. Kto by przewidział, że kopciuszek naładowany wielkimi talentami, czyli Ajax Amsterdam najpierw wyrzuci w brutalny sposób obrońców tytułu, czyli Real Madryt. Następnie wyeliminuje Juventus, który miał mocarstwowe plany co do Ligi Mistrzów, przez co sprowadził do Turynu Cristiano Ronaldo. To wszystko by zaprzepaścić w niecałe 45 minut meczu rewanżowego z Tottenhamem, mając już niemal na wyciągnięcie ręki finał Ligi Mistrzów.

A przecież ten sezon mógł potoczyć się zupełnie inaczej, chociażby ze względu na Liverpool. Drużyna Juergena Kloppa była autorem jednego z największych comebacków w historii Ligi Mistrzów. Jednak gdyby w ostatnim meczu fazy grupowej Arkadiusz Milik strzelił ciut inaczej i piłka zamiast tuż obok bramki, poszybowałaby do siatki, to właśnie klub prowadzony przez Carlo Ancelottiego, a nie „The Reds” walczyłby w fazie pucharowej. Oczywiście nie odbieram tego, że Napoli nie dostarczyłoby podobnych emocji, jakie teraz dawał Liverpool. Jednak to pokazuje jak niewielkie błędy jednych, mogą być powodem do szczęścia innych i początkiem czegoś wielkiego.

Tottenham już dwa razy urwał się ze stryczka. Pamiętamy szalony ćwierćfinał z Manchesterem City, w którym żadna z ekip się nie oszczędzała. Gol za gol. Skończyło się rezultatem 3:4. Niby „Koguty” przegrały mecz, ale dzięki wygranej w pierwszym meczu i bramkom na wyjeździe awansowali dalej. Gdy minęło już 45 minut rewanżu, sytuacja Tottenhamu była beznadziejna. 0:1 u siebie, w rewanżu do przerwy 0:2. A mimo to udało się powalczyć do końca. Odwrócić losy spotkania i w 95. minucie wyważyć sobie drzwi z napisem finał Ligi Mistrzów. Takiego scenariusza (i to mając też na uwadze rewanż Liverpoolu z Barceloną dzień wcześniej) nie napisałby żaden filmowy scenarzysta i nie nakręciłby żaden reżyser. W filmie uznano by to pewnie za zbyt oklepane i zbyt sztampowe. Ile to już takich filmów było, w których sytuacja była beznadziejna, aż w końcu następuje fantastyczny zwrot akcji i film kończy się happy endem. Z tym że piłka nożna kocha takie przypadki, kiedy to życie pisze takie scenariusze i nikt nie będzie narzekał z tego powodu, a wręcz przeciwnie. Wszyscy będą się tym zachwycać.

Parafrazując słynny filmik z życzeniami noworocznymi, na pytanie jaki to był sezon Ligi Mistrzów, aż chce się odpowiedzieć, że cudowny i nie zapomnę go już nigdy. On sprawił, że futbol na nowo stał się romantyczny. Pokazał, że pieniądze nie grają. Bo w półfinale zagrał zespół, którego wartość rynkowa jest mniejsza, niż wartość samego Cristiano Ronaldo. Bo w finale zagra zespół, który w ostatnich kilku oknach transferowych nie wydał nawet złamanego pensa na wzmocnienia. Tyle spotkań obejrzało się już w swoim życiu, o wielu z nich napisało i kiedy wydawało się, że nic już nie może Cię zaskoczyć, przychodzą takie mecze jak ten Liverpoolu z Barceloną, czy Tottenhamu z Ajaxem. I to one udowadniają, że jednak nikt nic nie wie o futbolu, że jednak potrafi dalej zaskoczyć swoim przebiegiem, a my możemy się nim cieszyć dokładnie tak samo, jakbyśmy mieli po 8 lat.

Do rozegrania pozostał tylko jeden mecz, ten najważniejszy na Wanda Metropolitano. Po nim dowiemy się najważniejszego. Kto wygra piłkarską grę o tron? Kto wygra tegoroczną Ligę Mistrzów? Po poprzednich meczach mam głęboką nadzieję, że jeszcze ten jeden, ostatni raz doświadczymy wielkich emocji i finał będzie trzymał w napięciu, jak najlepsze filmy czy seriale. Co do finału powiem tylko tyle: Niech wygra lepszy. A co do tego sezonu Ligi Mistrzów, to najlepiej zacytować jednego z mistrzów futbolu, czyli Sir Alexa Fergusona: „Football, bloody hell!”.

Redaktor naczelny krotkapilka.com.pl. Wcześniej m.in. Sport.pl, polskapilka24.net. Piłka nożna w wydaniu krajowym oraz zagranicznym. Fan największych klubów oraz tych niedocenionych.

LEAVE A RESPONSE

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *